0011-6552-2

Młodości szczęśliwa

Autor:  Zdzisław Brałkowski
Gatunek: Proza
Wydawca: Psychoskok
Data wydania: 2016
Data dodania:  12 maja 2016, 14:33:04
ISBN: 978-83-7900-536-9

Krótki opis:

Książka jest zbiorem opowiadań, na kanwie wspomnień z lat 60. i 70 XX wieku. Sytuacje i zdarzenia z podwórka i szkoły, tak śmieszne jak i poważne, opisane z przymrużeniem oka. Wszystkie opowiadania dzieją się w Grudziądzu, mieście, w którym wychował się i mieszka autor. W tle przewija się historia Grudziądza, Polski a nawet świata. Starsi będą mogli przypomnieć swoje młode lata, a młodsi dowiedzieć się, jak wtedy się żyło, co interesowało ich rówieśników, jak się bawili… a ich pomysły mogły czasem dorosłych przyprawić o palpitację serca. Książka jest pierwszą z cyklu "Zza zasłony czasu".

Fragment:

Po pomyślnym zakończeniu problemów z egzaminami wstępnymi, rozpocząłem pięcioletnią naukę w technikum elektrycznym. Zaczęły się normalne dni szkolne, jakie każdy pamięta ze swoich lat nauki.

Przez pierwsze dwa lata jednym z przedmiotów, poza ściśle zawodowymi i ogólnymi, było „Przysposobienie Obronne”. Nauczycielem był człowiek starej daty, profesor Paweł Szmelter. Mało który z uczniów jednak zapamiętywał jego nazwisko. Nim je poznaliśmy, trochę czasu także upłynęło. Wpierw, już w dniu rozpoczęcia roku szkolnego, od starszych kolegów dowiedzieliśmy się, że jest to „profesor Dzik”. Nikt z nas nawet nie przypuszczał, iż może nazywać się inaczej. Posturą odpowiadał swojemu dziwnemu nazwisku, które później okazało się tylko uczniowską ksywką – staroświecka marynarka ledwie się dopinała na dużym brzuchu, na krótkiej i szerokiej szyi była osadzona lekko pochylona głowa ze sterczącymi jak szczecina dzika kępkami siwych włosów, z twarzy wystawał mu duży i gruby nos. Chyba przez tę mocno uwydatnioną część głowy miał nosową wymowę, jak mawialiśmy „francuską”. Do tego głos był bardzo charakterystyczny – niski, dudniący, jakby dochodził z głębokiej, pustej studni. Kto raz go usłyszał, jego tembru nie pomylił już nigdy z innym.

Kiedy otrzymał przezwanie „Dzik”? Ginęło to w pomroce dziejów szkolnych. Bez dwóch zdań, pasowało idealnie do jego sylwetki i właśnie głosu. Ta ksywka zrosła się z nim nierozerwalnie; większość uczniów, zwłaszcza młodszych, uważała je za prawdziwe nazwisko.

Dzik był instytucją szkolną, istniejącą „od zawsze”. Legendy o nim przechodziły z wcześniejszych pokoleń uczniowskich na kolejne roczniki. Wiedzieliśmy, że jest starym kawalerem, a jego wiek ocenialiśmy na około siedemdziesiąt lat. Mógł mieć trochę mniej, ale dla nas, młokosów z ledwie sypiącym się pierwszym wąsem, wszyscy powyżej czterdziestki byli starymi wapniakami. Właściwie już staruszkami.

Pierwsza lekcja „przysposobienia” wypadła zaraz na drugi dzień po rozpoczęciu roku szkolnego w nowej szkole. Nauczyciel przywitał się z naszą klasą, przedstawił. Już od wczoraj wiedzieliśmy, że mamy „PO” z profesorem Dzikiem, więc nawet nie zwróciliśmy uwagi, iż nazwisko wymienił inne. Przeleciało to mimo uszu.

Dzik sprawdził obecność i rozpoczął pierwszą lekcję od przypomnienia o wczorajszej, kolejnej rocznicy napaści Hitlera na Polskę i wybuchu drugiej wojny światowej. Kiedy zaczął o tym opowiadać swoim dudniącym głosem, z nieodłącznym rozciąganiem początku wypowiedzi, ledwie powstrzymaliśmy śmiech:

Nuu, chłopcy, jak wiecie, wczoraj był pierwszy września. Tego dnia...

Panie profesorze, u nas w klasie jest kilka dziewcząt. Dobrze by było o nich nie zapominać. – Jeden z nowych kolegów, Mirek, wszedł mu bezpardonowo w ledwie rozpoczętą tyradę.

Aaa, dobrze chłopcze, żeś zwrócił uwagę. Dobrze. Nie mogę się przyzwyczaić, że od kilku lat na elektryków chcą się uczyć i dziewczęta. To taki niekobiecy zawód, typowo męski. Ale cóż, wszystkie teraz chcą być nowoczesne. Witam więc i dziewczęta. – Lekko skłonił się w stronę naszych kilku koleżanek. – Więc wczoraj była kolejna rocznica napaści Hitlera na Polskę i rozpoczęcia wojny wrześniowej. To był początek drugiej wojny światowej. Walczyliśmy cały miesiąc bohatersko, ale przegraliśmy. Pamiętajcie, że to była wojna wrześniowa, a nie żadna jakaś tam kampania wrześniowa, jak piszą w podręcznikach. Ja też wtedy walczyłem.

Pan już wtedy walczył? – odezwałem się z zainteresowaniem w głosie.

Tak, chłopcze.

W ułanach?

Nie, nie byłem kawalerzystą. Byłem łącznościowcem w piechocie.

Tak tylko spytałem, panie profesorze. Przecież Grudziądz był przed wojną zapchany wojskiem, zwłaszcza ułanami. Nazywany był stolicą polskiej kawalerii.

Nuu, widzę, że dużo wiesz z historii naszego pięknego miasta. – Od razu się ożywił i podszedł do mnie bliżej. – To się chwali, chłopcze, to się chwali.

Troszkę się interesuję, panie profesorze – odpowiedziałem – ale bardziej historią drugiej wojny światowej.

Coraz lepiej. A co wiesz o naszych ułanach?

Ee… w koszarach przy parku, gdzie służy mój ojciec… jest wojskowym. No tam przed wojną szkolili się ułani z całej Polski, w Centrum Wyszkolenia Kawalerii. A na Cytadeli stacjonował Osiemnasty Pułk Ułanów Pomorskich, w którym przez kilka lat służył major Dobrzański, który jako „Hubal” był pierwszym partyzantem drugiej wojny światowej. A pułk wsławił się szarżą w pierwszym dniu wojny pod Krojantami.

Nuu, pięknie, chłopcze, baaardzo pięęęknie. – Dzik rozciągnął ostatnie słowa i aż rozłożył ręce, ukontentowany tym, co usłyszał ode mnie. – Jak się nazywasz, chłopcze?

Brałkowski, panie profesorze.

Braaałkooowski, powiadasz. Nuu pięknie, bardzo pięknie – powtórzył. – Mało kto teraz z młodzieży interesuje się historią. Przed wojną było inaczej, bardziej patriotycznie.

Ale mówił pan, że też walczył we wrześniu – wróciłem do wątku. Co wiedziałem z historii wojny, to sam najlepiej wiedziałem. Bardziej mnie zainteresowały wspomnienia Dzika.

Co? Ano tak. Też walczyłem w wojnie wrześniowej. Ale po kolei. Przed wojną byłem w naszym mieście nauczycielem śpiewu w gimnazjum. Wtedy były gimnazja po szkole powszechnej. No więc... nuu, a co to za zachowanie? W przedszkolu jesteście? Cichoo!

Jak mogliśmy zachować spokój? Kiedy usłyszeliśmy, iż uczył kiedyś śpiewu, ogarnął nas wszystkich homerycki śmiech, którego paroksyzmy ledwie tłumiliśmy. Dzik i nauczanie śpiewu?! To jakby hipopotam udawał baletnicę tańczącą w „Jeziorze łabędzim”.

Profesor próbował przekrzyczeć hałas, zamachał rękoma i powtórzył głośno:

Cicho! Cicho, mówię! Uspokoicie się, basałyki?! Nuu, co ja mówiłem? Aha, no więc, uczyłem przed wojną śpiewu...

Tego już było dla nas za wiele. Musiał powtarzać o tym śpiewie?! Cała klasa ryknęła głośno, nikt już nie potrafił się powstrzymać. Wszystkich opanowały paroksyzmy śmiechu, torturujące nasze brzuchy. Jedni odchylali się na krzesłach, inni kładli na ławkach. Nie było wśród nas ani jednej osoby, która zdołała zachować powagę.

Dłuższą chwilę trwało machanie rękoma przez Dzika i jego próby uciszenia nas. Powoli wszyscy się uspokajali, chociaż tu i ówdzie jeszcze słychać było stłumiony śmiech. Otarł chustką pot z czoła i, korzystając z chwilowego wyciszenia w sali, próbował kontynuować:

Cicho, powiadam! Nuu, co za dzisiejsza młodzież! Nie taka, jak przed wojną. Wtedy była inna, szanowała starszych, nie odzywała się niepytana pierwsza. I była bardziej patriotyczna. Wiem, co mówię, bo uczyłem ich takich właśnie pieśni.

Nie jest z nami tak źle, panie profesorze. Po prostu mamy teraz spokojniejsze czasy niż przed wojną – wszedłem Dzikowi w słowo.

Nuu, i masz. Odezwał się niepytany. Historię znasz. Ale nie przerywaj.

Ale przed chwilą kolega…

Nu i masz. Kolega jeszcze nie wiedział, że niepytany. Nuu, a ty już wiesz.

Chciałem jeszcze coś odpowiedzieć, ale uśmiechnąłem się w duchu i zmilczałem. Dzik był wyraźnie człowiekiem „starej daty”, jak to powiadają; w jego przypadku jeszcze przedwojennej. Starych drzew się nie przesadza, starych ludzi też się już nie zmieni. Nie wiadomo, jaki ja będę w jego wieku, może też trudno będzie przystosować mi się do zachowań przyszłej młodzieży, dla niej zwyczajnych. Znaczenia słów z latami czasem diametralnie się zmieniają, jak ze słynnym mickiewiczowskim „kutasem” z „Pana Tadeusza”; podobnie i z oceną, co jest przyjęte, a co nie, jako normalne postępowanie w danym czasie.

Dzik w tym czasie rozkręcał się w swoim opowiadaniu:

Co to ja mówiłem? Aha, o młodzieży. No więc, uczyłem ja ją przed wojną śpiewu. Uczyłem również gimnastyki, bo to też... Cicho! Cicho! No co w was wstąpiło?!

Jak to co wstąpiło? Nie mogliśmy sobie wyobrazić Dzika śpiewającego, a cóż dopiero mówić o prowadzeniu przez niego wuefu. To już przekraczało nasze możliwości wyobrażenia niemożliwego. Dzik i fikołki? Z takim brzuchem?! To jak mieliśmy zachować powagę na lekcji?!

Skaranie boskie z wami! Uspokoicie się wreszcie?!

Uspokajaliśmy się. Bardziej z obawy o wytrzymałość naszych przepon niż z posłuchu. Takie lekcje to mogą być codziennie!

Inny z kolegów, Janusz, z trudem próbując zachować poważną minę, zapytał:

Panie profesorze, a jak przed wojną wyglądał ten wuef?

Ooo, to nie to, co teraz. Nuu, więc chłopcy stawali w kółku. Tylko chłopcy, nie było mieszania, jak teraz.

Teraz na wuefie też nie mieszają, panie profesorze.

Nuu, no tak. Chociaż w klasach mieszają. O, jak u was. Nie to, co przed wojną.

No i co z tym wuefem przed wojną, panie profesorze? – Janusz przytomnie przypomniał, o co pytał.

Nuu, jak mówiłem, uczniowie stawali w kółko, ja w środku. Gwizdałem rytmicznie i chłopcy biegali wkoło, podnosząc wysoko kolana. Dobrze ich ćwiczyłem... No, co jest z wami? To nie do wytrzymania, co za rozbisurmaniona klasa! Nie możecie się uspokoić?! To lekcja, wakacje się skończyły!

Próbował nas przekrzyczeć, ale jego dudniący głos i tak ginął w kolejnym głośnym wybuchu naszego rechotu. Chyba tylko bardzo grube ściany na tyle tłumiły hałas, że nikt z dyrektorskiego gabinetu jeszcze nie przybiegł.

Znowu minęło kilkadziesiąt sekund. Mnie jednak interesowało, o czym Dzik zaczął mówić na samym początku – że walczył we wrześniu trzydziestego dziewiątego, po napaści Hitlera na Polskę. Kiedy tylko wrzawa przycichła, zapytałem:

Może pan jednak opowie o tych walkach wrześniowych.

Nuu, i masz rację, chłopcze. To lekcja peo, a nie śpiewu czy wuefu. No masz, czy wreszcie zaczniecie słuchać?! Już? No więc, kilka dni przed wojną, jeszcze w sierpniu, kiedy wszyscy już czuli, że wojna będzie, zostałem zmobilizowany. Byłem podporucznikiem rezerwy, to była wtedy jedna gwiazdka na pagonach, nie jak dzisiaj dwie. Dostałem pod komendę pluton łączności...

Tym razem nikt już się nie śmiał z opowieści, większość zaczęła słuchać. Dzik, widząc zainteresowanie, z zadowoleniem kontynuował:

Byłem w sześćdziesiątym czwartym pułku piechoty, zwanym „Dziećmi Grudziądza”, w Szesnastej Pomorskiej Dywizji, która też była z naszego miasta. Wieczorem trzeciego września dowództwo nakazało odwrót i wycofywaliśmy się w kierunku Wielkopolski, wraz z Armią Pomorze. Nuu i tam wzięliśmy udział w wielkiej bitwie nad Bzurą. Niestety, przewaga Niemców była zbyt duża i znów dostaliśmy rozkaz odwrotu. Cofaliśmy się przez Puszczę Kampinoską w stronę Warszawy. Ogromne masy żołnierzy, ja swojego plutonu pilnowałem. – Na chwilę przerwał opowiadanie i popatrzył na nas. Siedzieliśmy w ciszy, a większość uważnie słuchała. Usatysfakcjonowany takim zainteresowaniem klasy, kontynuował – nie pamiętam już, który to był dzień września. Było jednak bardzo upalnie, jak przez cały miesiąc. Na niebie ani jednej chmurki, niestety nie było też naszych samolotów. Za to niemieckie ciągle latały i nas szukały. I znalazły. Szliśmy z innymi leśną przecinką, kiedy nadleciały stukasy…

Co nadleciały? – jeden z kolegów był chyba wyjątkowo odporny na wiedzę z okresu wojny.

Nuu, tego nie wiesz, synku?! Coraz gorsza młodzież przychodzi... To były niemieckie samoloty szturmowe, zrzucające małe bomby i jeszcze włączające przeraźliwie wyjące syreny. Nuu, jak tylko ktoś krzyknął „alarm lotniczy!”, to ja krzyczę „padnij!” i sam skaczę za najbliższe drzewo! A te stukasy z góry, uuu, przeraźliwie wyją tymi syrenami i nurkują, i rzucają na nas bomby! Prawie na nas, jakby nikogo innego nie było! – Dzik coraz bardziej się podniecał w miarę swojego opowiadania. – I te bomby zaczynają naokoło wybuchać, drzewa na nas się walą, fontanny piachu, cegły latają w powietrzu, łamią gałęzie, uderzają w ziemię obok nas...

Cegły?! Słuchałem z zainteresowaniem, nie straciłem przytomności, słowa nie przelatywały mi przez głowę bez zrozumienia. Profesor Dzik wyraźnie się zagalopował. Kampania wrześniowa była pewnie jego wspomnieniowym „konikiem”, ale niech nie opowiada nam bajek. Spojrzałem po kolegach – nie tylko ja zauważyłem, że z tymi cegłami to już gruba przesada. Byłem jednak pierwszy, który przerwał tyradę wyraźnie rozochoconego profesora:

Zaraz, panie profesorze. Cegły?

Klasa, z której część nie była zbytnio zainteresowana wojennymi opowieściami, ponownie ożyła, tu i ówdzie znowu słychać było tłumione poparskiwania ze śmiechu. Jednak nie zbiły one Dzika z rezonu:

Cegły? No, cegły, Nie wiecie, co to cegły?

Ależ, panie profesorze? Skąd cegły w środku puszczy?! – Sam już ledwie powstrzymywałem się od śmiechu.

Jak mówię, że były, to były. No masz, uspokójcie się! Znowu?!

Tak, znowu. Jak mogło być inaczej? Jak mieliśmy się uspokoić, kiedy wyobrażaliśmy sobie te cegły, latające w powietrzu w środku Puszczy Kampinoskiej...

Kolejny raz uspokajanie trwało dłuższą chwilę. Mieliśmy przecież dopiero po piętnaście lat, w wielu z nas siedziało jeszcze beztroskie dziecię. Na szczęście dla Dzika zabrzmiał dzwonek. Przerwa!

Na niej jedynym dyskutowanym tematem była miniona lekcja oraz co będzie się działo na następnych zajęciach z „przysposobienia”.



 

Komentarze (0)

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się