Płaszcz, cz.3/3

Autor: Zdzisław Brałkowski, Gatunek: Proza, Dodano: 25 października 2017, 21:31:47, Tagi:  płaszcz Kaszuby

poprzedni odcinek: http://zdzislaw-bralkowski.liternet.pl/tekst/plaszcz-cz-2-3

Herszt wyciągnął ręce, próbując chwycić “gościa” za klapy płaszcza. Janek, przygotowany już na atak, odruchowo cofnął się pod zrujnowany płot. Zawsze jakaś osłona z tyłu! Ale tylko z tyłu; nie zdążył już odskoczyć w bok. Pozostali dwaj pijaczkowie byli jednak dość szybcy, mimo szumiącego w ich głowach alkoholu – przyskoczyli z obu stron i chwycili go za ręce. 
W tym momencie w Janka diabeł wstąpił. Zwykle był spokojny, lubił też pożartować, ale nie był też z gatunku zimnych perszeronów. Kiedy dochodziło do zwady, jak to między młodymi na wsi się zdarzało, flegmatyczne usposobienie i stalowe nerwy nie były wtedy jego towarzyszami. W tym momencie nie zimna krew była jednak potrzebna...
Nowiutki płaszcz! Jeszcze niedawno nie mógł nawet marzyć, że otrzyma go tej zimy; daleko był w kolejce oczekujących. Dzięki zaproszeniu na weselisko i życzliwości dowódcy marzenie zrealizowało się błyskawicznie jak trafienie w wygrywający los na loterii, a tu... a teraz miałby go oddać za bezdurno? Bo kilku cwaniaczków wiejskich zwęszyło okazję? Bo myślą, że trafili na frajera? Na maminsynka, który się popłacze i po powrocie do domciu matuli w zapaskę wyżali?!
Krew go zalała, a adrenalina momentalnie pobudziła do działania – gwałtownie pociągnął tych dwóch ku sobie. Spodziewali się wyrywania, obrony, ale nie ataku. Zaskoczeni, nie zdążyli zareagować i nie utrzymali równowagi, już i tak zachwianej przez wypity alkohol – czapki im spadły a czoła zderzyły z głuchym odgłosem. Skutek gwałtownego spotkania się gołych głów był jednoznaczny – dwa ciała osunęły się bezwładnie na śnieg. Janek nie był wysokiego wzrostu, ale krzepę odziedziczył po przodkach.
Trzeci osiłek, zaskoczony obrotem sprawy, odruchowo cofnął się o krok i rozdziawił gębę. Janek nie czekał, wyrwał jednym silnym pociągnięciem sztachetę z rozwalonego płotu i doskoczył do niego. To był rozmówca, to on chciał go ograbić z nowiutkiego, wojskowego płaszcza! Szybki zamach wzmocniony wściekłością i sztacheta złamała się wpół na przedramieniu herszta, którym odruchowo osłonił on swoją głowę. 
– Auu! – Okrzyk bólu wyrwał się z jego ust, twarz wykrzywiła w grymasie; zgiął się i chwycił drugą ręką za uderzone miejsce.
Janek nie czekał – drugi zamach i pozostałym mu w rękach ułomkiem sztachety zdzielił osiłka przez łeb. Skutek był połowiczny, broń w rękach napadniętego nie miała już początkowej wagi i długości – tuziemiec, żądny szybkiego wzbogacenia się na cudzej własności, nie przewrócił się ani nie stracił przytomności. Wrzasnął jednak ponownie i chwycił obiema rękami za głowę, zapominając o miejscu wcześniejszego uderzenia. Teraz gdzie indziej i bardziej go zabolało. Okazało się, że kiedy musiał ratować własny tyłek, to działał racjonalnie – natychmiast zrezygnował z próby dalszej „rozmowy” z przybyszem, odwrócił się na pięcie i zaczął uciekać zaśnieżoną, wiejską drogą. Nawet nie zerknął na swoich dwóch leżących kompanów. Wyraźnie miał większy talent do sprinterskich czmychnięć niż do stawiania czoła ludziom, którzy nie lubią, kiedy im się w kaszę dmucha.
Janek dopiero teraz ochłonął. Zdjął wojskową czapkę i przetarł dłonią spocone czoło; mimo mroźnego dnia zrobiło mu się gorąco. Spojrzał na leżących; właśnie jeden budził się z krótkiego snu. Po swojemu pomógł mu podnieść ciało do siadu – jedną ręką chwycił go za ucho, a drugą za węzeł jego szalika. Skręcił szalik dłonią jeszcze bardziej, aż ściśnięty nim właściciel stracił dech. Spojrzał na Janka z przestrachem w oczach i podniósł ręce w uspokajającym geście. Wyraźnie nie miał już chęci na dalszą utarczkę ani na wymuszanie „opłaty” za informację i swobodne przejście przez wioskę. 
– To gdzie muszę skręcić do tamtej wioski, bo zaapoomniaałem – wydyszał mu w twarz właściciel nowiutkiego, wojskowego płaszcza, przeciągając ostatnie słowo z nutką wyczuwalnej groźby. 
– T... tam. P...prroosto, a na końcu wsi przy dębie w lewo, jaak droga prowadzi – wykrztusił siedzący. Nie wstawał ze śniegu, nie odważył się przyjmowania postawy, która mogłaby opacznie być zrozumiana.
– Zajmij się swoim kumplem. – Janek puścił go, przeszedł obok drugiego, jeszcze smacznie śpiącego w śniegu i przyspieszył kroku. Wolał nie ryzykować, nie chciał czekać na ochłonięcie miejscowych żulików. Drugi raz już nie udałoby się ich zaskoczyć. Ścisnął w dłoni ułomek podniesionej ze śniegu zbawczej sztachety. Oby już nie była potrzebna!
Szedł szybkim, wojskowym krokiem po zaśnieżonej drodze. Czujności nie stracił, co chwila lustrował wzrokiem okolicę. Po kwadransie marszu droga zagłębiła się w parów, prowadzący lekko pod górę, z boków gęsto porośnięty krzakami i drzewami. Nie był to las, ale jednak przeszkadzał w obserwacji. Z prawej strony, między zaroślami, wyraźnie prześwitywała duża śnieżna połać; wyglądało to na zamarznięte jezioro. W parowie śnieg sięgał po kolana, cała droga była nim zasypana. Brnął więc środkiem; musiał zwolnić kroku, za to jeszcze bardziej wyostrzył zmysły. Napastnicy byli miejscowymi chłopakami, musieli znać doskonale teren. Jeżeliby zechcieli jeszcze raz spróbować, to mogli bokiem go przegonić i tutaj się zaczaić. Doskonałe miejsce na zasadzkę, do tego z dala od ludzkich zabudowań i wścibskich oczu. Wiedzieli, że jest wojskowym, a napaść na takiego zawsze skutkuje wzmożonym poszukiwaniem sprawców. Groziło mu więc, że nie tylko zostanie pobity i pozbawiony płaszcza, ale dla ukrycia napadu mogli go po prostu zabić i gdzieś w lesie zakopać. I szukaj wiatru w polu, był człowiek i znikł. Tylu ludzi zaginęło bez śladu, nie tylko w czasie wojny, ale również po niej.
Janek chciał żyć. W czasie wojny kostucha kilka razy groźnie potrząsnęła nad jego głową kosą, ale nawet nie zahaczyła ostrzem. Teraz zaś miałby tak głupio tę głowę stracić? Młody był, pracę miał, pod koniec roku planował żeniaczkę, o dzieciach marzył, życie rozścielało kobierzec w niknącą w oddali przyszłość. Miał on początek, miał gdzieś i swój koniec, ale Janek jeszcze długo nie chciał dojść do miejsca, z którego dojrzy drugi kraniec kobierca. Na pewno zaś jeszcze nie tego zimowego dnia.
Pomimo kopnego śniegu przyspieszył kroku na tyle, na ile mógł to zrobić w marszu pod lekko wznoszącą się drogę. Wytężał wzrok, kręcąc głową raz w jedną, raz w drugą stronę, nasłuchiwał. Jednak nic niepokojącego nie przerywało ciszy w lesie, oprócz skrzypienia zmarzniętego śniegu pod własnymi butami i odczuwalnych rytmicznych uderzeń krwi w tętnicy w głowie. Czyżby napastnicy zrezygnowali, czyżby dali za wygraną?
Ponad kilometr drogi przez bezludny, ale zadrzewiony i zakrzewiony teren dłużył się Jankowi bez końca. Każdy dziwny kształt za krzakiem wyobraźnia oblekała w ludzką postać. Wreszcie zobaczył przed sobą otwartą przestrzeń. Koniec! Jeszcze nie przyszła pora na zobaczenie kresu własnego życia…

Komentarze (1)

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się