Zupa

Autor: Zdzisław Brałkowski, Gatunek: Proza, Dodano: 24 lutego 2019, 17:22:49

(fragment)

– Wiecie co, chodźmy wreszcie na tę węgierską zupę. Koti pewnie ma już gotową. Zimno się zrobiło.

Kiedy idziesz na proszoną kolację, najważniejsze, aby nie przyjść za wcześnie, ale też nie za późno. Przyszliśmy do Katalin i Ferenca dokładnie na czas. 

– O, a ja zwać was chacieła. Uże sup gatow. – Koti na nasz widok uśmiechnęła się szeroko. Szkolny, łamany język rosyjski pozwalał nam rozmawiać ze sobą. 
– A kakoj to sup? – Pociągnąłem z lubością organem powonienia. Zapach całkiem, całkiem. Tylko podobno Węgrzy mocno doprawiają. – Nie sliszkom ostryj?
– A szto ty, Zdis. Slegka. – Ferko zaprzeczająco pokręcił głową. – Sawsiem slegka. Sup charoszij, tradicjonnyj wengierskij sup.
– No to co, siadamy. – Zatarłem dłonie i spocząłem na krześle. – Zapach całkiem, całkiem. Porządnie zgłodniałem. Te kiełbaski z ogniska tylko pobudziły mój apetyt. 

Katalin przyniosła wazę i zaczęła nam nalewać gęstą, gorącą zupę. Zobaczyłem w niej kawałki mięsa, cebuli, czerwonej papryki, ziemniaki i coś jeszcze.
– Kati, kak po waszemu etoj sup? Kak nazywajetsia?
– Gujaszlewesz.
– Kak?
– G u j a sz l e w e sz – przeliterowała. – Kratko „gujasz”, kak u nas nazywajetsia pastucha. Bo eto ich tradicjonnyj sup. Prijatnowo appetita, mai darogije. 

Zapach drażnił nozdrza. Pierwszy zanurzyłem łyżkę w zupie, wziąłem ją do ust i przełkną…ołem! Oczy mało mi z orbit nie wyskoczyły. Nie mogłem chwycić oddechu ani zamknąć ust. Piecze! Pali! Ogień piekielny w środku!

Wyskoczyłem z krzesła jak z procy, mało stołu nie przewracając.
– Woo… wody – wydusiłem wreszcie z siebie.
Oż wy! To ma być ta węgierska „wcale nieostra zupa”?! To jaka jest ostra?! Chyba Feri czuł pismo nosem, gdyż już czekał z wodą, ale gęba śmiała mu się od ucha do ucha. A niech was kule armatnie biją! 
Chwyciłem od niego szklankę, wypiłem duszkiem…
– Jeszcze! Jeszczio!
Dopiero druga porcja wody złagodziła piekielny ogień w moim przełyku i żołądku. Złapałem wreszcie oddech, przetarłem dłonią załzawione oczy.
– Ba.. ardzo dobra. – Wolno wypuściłem powietrze z płuc, odruchowo chwytając się za gardło. – Naprawdę świetna – powtórzyłem, uśmiechając się zachęcająco do naszej trójki. A to cholery, żadne z nich jeszcze nie spróbowało zupy, tylko wpatrywali się we mnie, trzymając puste łyżki nad talerzami. Jeszcze buzie pootwierali, jakby jakie dziwadło dojrzeli.

O nie. Nie dam się… a i „ci znad talerzy” niech też posmakują „gulyasleves, tradycyjną węgierską zupę pusztańskich pasterzy bydła”. Nie pozbawię ich tej przyjemności.
Przezornie nalałem do dzbanka wodę, stawiając go przed swoim talerzem. Nabrałem ociupinkę zupy i przełknąłem, od razu popijając wodą. Wykazałem się siłą woli… jakoś przeszło. Odczekałem, aż przestało mnie palić.
– Co tak patrzycie? Nigdy w życiu jeszcze takiej nie jadłem. Bierzcie się za zupę, na pewno jej nie zapomnicie. Koti się sprawiła. – Odwróciłem się do niej. – Sup, ho, ho! Dzięki, spasiba.

Ani jednym słowem nie skłamałem. I na pewno ta gulyasleves pozostanie mi w pamięci na długo, o ile nie do końca moich dni. Niestety, moje gwałtowne ruchy, po spróbowaniu zupy jako pierwszy, ostrzegły ich. Nabrali na łyżki tylko ledwie-ledwie i od razu zarekwirowali mi dzbanek z wodą. Co za cholery! Nie dość, że poświęciłem się dla nich jak książęcy kucharz, próbujący każdej potrawy w obawie przed próbą otrucia pana, to jeszcze i odtrutkę mi zabrali.
Na szczęście wody w kranie nie brakowało. Łyżka po łyżce, małymi łyczkami zjedliśmy. Pod koniec nawet zacząłem odczuwać smak zupy. Człowiek to takie zwierzę, że potrafi przystosować się do każdego jedzenia i jeszcze odczuwać w tym przyjemność.

Komentarze (15)

  • Zupa z dzika najlepsza. Czy byleś już na dziku? To nawet obowiązek. I wtedy dopiero
    Zupa z trupa

  • Na zupie nie. Natomiast na pieczonym w całości tak. Pychota.

  • Pampersiarska chała dostrzeżona. Może iść płodzić następną.
    A ty, Spierdalaju, przestań się nabijać z pampersiarza. Coś dawno nie wspominałeś o babci ani o proboszczu. Pytali o ciebie, hi hi hi hi!

  • Kłaniaj się obojgu. Tylko przed wielebnym niezbyt nisko; sam wiesz:)

  • Dominiku, z czym ty rozmawiasz? Błocko na drodze się omija, i tyle.

  • O, pampersiarzu, nerwusie puszczają?
    A Spierdalaj lubi sobie na pewne tematy porozmawiać, oj lubi! Ma pociąg.

  • Wiesz, Zdzichu - ten Jędruś prosi o radę, pomoc...więc czasem staram mu się dźwignąć z kolan. Chłopak miał ciężko, zwłaszcza podczas posług ministranckich. Trzeba pomagać ale i na dzika!

  • Dominik, prawdziwy z ciebie samarytanin, próbujesz pomóc nawet temu, który puka już spod czarnej sukien... ups! - spod dna. Przynajmniej naucz go, aby się nie ustawiał na dzika...

  • Tak, Dominiku, nie wypinaj sie za czesto, jak kwiatek, bo skonczysz w pampersach, jak Zdzicho.

  • Dobrze Jarek.

  • Dobrze, Spierdalaju, że robisz się karny i potulny - ale dlaczego tak lakoniczny? Rozwiń myśl!

    • me to
    • 27 lutego 2019, 14:38:27

    widzę w tym, raczej fragmenty myśli na poezję, na tekst lub fragment prozy to jeszcze za mało, by mówić, że coś ten tekst wnosi nowego w naszą świadomość...,

    zamiast zupy jest tu ruska breja, może w kontekście całości jakoś się broni, ale według mnie za słaby ten teks,t by go promować jako zwiastun powieści...

  • Dobrze, Julek.

  • Me to - to jest fragment prozy wspomnieniowej. Ona nie epatuje latającymi smokami, ani gwałtownymi zwrotami akcji, czy też wg filmów Hitchcocka. Akcja toczy się nieśpiesznie, jest zapisem różnych zdarzeń.
    Tak że - są czytelnicy, którzy lubią taką nieupiększaną prozę wspomnieniową, bez udziwnień i wodotrysków. Ten fragment został odebrany (nie tu) jako ciekawy i wzbudził dyskusje, włącznie z dopytywaniem, kiedy ukaże się całość drukiem. Jak widzisz - ilu czytelników, tyle opinii, czasem skrajnych. Pzdr.

  • Tak, me to, cały tabun nosicieli pampersów w napięciu oczekuje ciągu dalszego "Zupy". Podobno ukaże się pod tytułem "Kotlet".

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się